O znajomościach, przyjaźniach i rodzinie w Meksyku


Wpis ten zawdzięczam i dedykuję Klubowi Polek na Obczyźnie, który jest najfajniejszym miejscem internetowego świata, motywuje do działania, pisania i blogowania. 

W Meksyku wiele spraw może sprawiać trudności i nie tak łatwo jest się Europejczykowi przystosować. Ogromne odległości, korki, brak zieleni (DF), przeludnienie, załatwianie formalności migracyjnych, inny styl życia/bycia, inna mañana, itp. Ale jest coś, co porównując z jakimkolwiek innym miejscem na świecie, w Meksyku przychodzi łatwo i przyjemnie; a mianowicie kontakt z ludźmi i nawiązywanie znajomości. 

Gdy po raz pierwszy przyjechałam do Meksyku (do Ciudad del Carmen) na roczną wymianę w 2005 roku, byłam jeszcze tą trochę nieśmiałą, mało atrakcyjną dziewczyną, która raczej wolała stać zboku i obserwować, niż być w centrum zainteresowania. Meksyk okazał się najlepszym lekarstwem na nieśmiałość i niską samoocenę. I nie chodzi tu tylko o fizyczne powodzenie, ale przede wszystkim  o ogromne zainteresowanie jakim obdarzają cię wszyscy, których spotkasz na swojej drodze. Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak super! A jaka jest Polska? A jakie jest jedzenie? Masz rodzeństwo? A co u brata? (moje ulubione!) A jak mama? Dobrze się czuje? Pozdrów ją ode mnie! Po 5 latach, wiele się zmienia. Pytania zaczynają być już meczące, monotonne, masz dość. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Tak na prawdę, często tę wstępną serię nawet dosyć prywatnych pytań (a masz chłopaka? a od jak dawna? a jak się poznaliście?) należy traktować jak small talk, po którym można przejść do konkretniejszej rozmowy (albo i nie...).

Zawieranie nowych znajomości nie stanowi najmniejszego problemu. Jeśli w Meksyku nie masz znajomych, to znaczy, że naprawdę robisz wszystko, aby ich nie mieć. Ponieważ jestem osobą, której zrobienie 'pierwszego kroku' czasem sprawia problem (teraz zdecydowanie mniej), to Meksyk był dla mnie jak zbawienie! Oni to mają we krwi. Czasem nie mogę się nadziwić z jaką łatwością i naturalnością mój meksykański mąż potrafi zagadywać ludzi i nie ważne czy to sąsiad, pani w sklepie, czy przechodzień na ulicy. Gdy byliśmy w zeszłym roku na Kubie, po kilku dniach podróżowania, miałam wielką ochotę poznać jakichś ludzi, zjeść wspólnie kolację, z kimś pogadać. Siedzieliśmy na schodach w Trinidad słuchając salsy i popijając dość słabe mojito, a wokół było całkiem sporo takich właśnie par jak my. Powiedziałam Diego, "Ci wyglądają fajnie, zagadaj". On się odwrócił, spojrzał na nich, uśmiechnął i powiedział "Hey guys, how you're doing?" jakby znał ich całe życie. Oni z uśmiechem odpowiedzieli. Parę dodatkowych pytań i już go kupili. Świetna para z Nowej Zelandii, byli w trakcie swojej podroży po świecie. Pół godziny później jedliśmy razem kolację. Miesiąc później zatrzymali się u nas w domu. Może się jeszcze kiedyś spotkamy.

Wierzcie lub nie, ale w taki właśnie sposób poznałam masę osób. Ta ich łatwość i bezproblemowość zawsze mnie fascynuje. Mamy z Diego taki układ, że on nawiązuje kontakty, a ja je potem utrzymuję. Pod tym względem dobrze się uzupełniamy. On lubi poznawać ludzi, ale jak to Meksykanin, szybko też się nudzi i nie ma w swoim 'departamencie relacji', hasła "przyjaźń", a przynajmniej nie w tym naszym tradycyjnym, polskim rozumieniu. Przyjaźnie w Meksyku chyba nie istnieją, a jeśli tak, to są one niezwykle rzadkie. W Meksyku masz masę znajomych, kolegów, ziomków od różnych rzeczy, ale wszystko trwa etapami i dość szybko się kończy. Z pewnością wpływa na to wiele czynników, takich jak na przykład system edukacji. Meksykanie, na wzór amerykański, zmieniają szkoły przynajmniej 3-4 razy od podstawówki do liceum. Szkolnictwo jest bardzo podzielone i rodzice, chcąc, aby dziecko zdobyło dobrą edukację, posyłają je do szkół prywatnych. Te często specjalizują się w kilku rocznikach i nie mają kontynuacji, więc szkoły, jak i przyjaciół, zmienia się często. Dzieci nie idą do szkoły, która jest najbliżej domu, wiec nie mają kolegów, którzy będą mieszkać blisko. W takiej perspektywie rzeczywiście trudno utrzymać kontakty. Nie istnieją też tzw. "podwórka", dzieci w ogóle same nigdzie się nie ruszają. Żadne dziecko nigdy nie zostanie wypuszczone samo 'na ulice'. Do i ze szkoły zawozi je i odbiera mama lub tata, a jakiekolwiek pozaszkolne atrakcje też są uzależnione i kontrolowane przez rodziców.

Ale też nie ma co zwalać wszystkiego na 'niedogodności'. Przyjaźnie w Meksyku nie mają 'wzięcia', bo też nie są do życia niezbędne. Funkcje przyjaciół zdecydowanie wypełnia rodzina. Każdy Meksykanin ma kilka cioć, wujków i całą masę primos, czyli kuzynów. Rodzina w Meksyku to rzeczywiście niezwykły i bardzo dobrze działający twór. Meksykanie nie narzekają ani nie płaczą kiedy muszą iść do babci na obiad, czy do cioci na urodziny (imienin się nie obchodzi;)). Wręcz przeciwnie, każda okazja do spotkania rodziny jest naturalną koleją rzeczy, nawet bym powiedziała, że wyczekiwaną. Od pierwszych chwil w Meksyku, fascynuje mnie ten fenomen rodzinny i staram się rozgryźć na czym on polega. Doszłam do paru dość subiektywnych wniosków:
1. Ponieważ państwo nie funkcjonuje tak jak powinno i nie zapewnia podstawowego poczucia bezpieczeństwa, Meksykanie wiedzą, że gdy przyjdzie co do czego, mogą liczyć tylko na siebie. Rodzina pod tym względem pełni bardzo ważną funkcję i zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Wesprze finansowo, zapewni dach nad głową, pomoże w znalezieniu pracy (i nie chodzi tu o mamę i tatę, ale właśnie o tę dalszą rodzinę). 
2. Wydaje mi się, że podstawowa różnica miedzy meksykańską i polską rodziną leży w jej spójności, tudzież niespójności. Polskie rodziny są bardzo niespójne. Mieszkają w różnych częściach kraju, różnią się statusem ekonomicznym, wykształceniem, poglądami. Te niespójności i podziały sprawiają że nie zawsze mamy ze sobą o czym rozmawiać, nie pałamy do siebie bezwarunkową miłością, nie lubimy się odwiedzać. Meksykańskie rodziny są dużo bardziej spójne i podobne do siebie. Zazwyczaj mieszkają blisko (znów, podtrzymanie poczucia bezpieczeństwa) i rozwijają się również w podobnym tempie i kierunku. Jeśli komuś gorzej idzie, to wujek czy ciocia zawsze pomoże, zatrudni do pracy czy użyje kontaktów, żeby 'podnieść' i wyciągnąć takiego nieszczęśnika z problemów. Nepotyzm oczywiście króluje. Każdy ma na swoim koncie prace, lepsze lub gorsze, w rodzinnych biznesach. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale jest to korzystne dla obu stron i podtrzymuje rodzinne więzi. Lepiej zatrudnić 'swojego' i pracować 'dla swoich'. Tym sposobem, Meksykańskie rodziny wspierają swoja spójność i kolektywizm (nierzadko kosztem indywidualnych aspiracji). 
3. Tę jedność widać zdecydowanie podczas rodzinnych spotkań. Nie ma podziałów na 'dorosłych' i 'dzieci', wszyscy, zawsze spędzają czas razem. Dziadek nosi na rękach wnuków, ciocia gada z koleżanką kuzyna, mama plotkuje ze szwagrową i babcią. Każdy z każdym i w każdej kombinacji. O swoich problemach sercowych rozmawia się z kuzynką czy ciocią, które z zafascynowaniem wysłuchają i zatroskane zaczną udzielać rad! Nigdy nie pozostaniesz sam sobie. Może to dlatego, że przy standardowej liczbie gości 20+ jest po prostu więcej możliwości złapania kontaktu. Na marginesie dodam, że np. wieczory panieńskie w Meksyku mają minimum 20 osób i są na nie zapraszane wszystkie primy, ciocie, nawet babcie!


Spotkanie najbliższej rodziny mojej koleżanki Cristiny

4. Ostatnio zaczęłam się też zastanawiać nad fenomenem rodziny z perspektywy nazwiska. W Meksyku każdy ma dwa nazwiska - jedno po tacie i drugie po mamie. Gdy para bierze ślub, kobieta nie zmienia nazwiska, pozostaje przy swoim rodzinnym. Tym sposobem, rodzeństwo do końca życia będzie miało to samo nazwisko. Diego na początku zdziwił się, że chciałam przyjąć jego nazwisko, "Ale to wtedy będziesz jak moja siostra?!". Jak to siostra?! W Polsce, tradycyjnie, wychodząc za mąż, tworzysz "nową rodzinę", której nadajesz jedno, wspólne nazwisko. W jakimś sensie oddzielasz się trochę i budujesz nową tożsamość. W Meksyku, do końca życia będziesz nosić swoje nazwisko i pozostaniesz częścią swojej rodziny. I choć mało kto zdaje sobie z tego sprawę,  to ma to odbicie w przyszłości przy wielu sprawach takich jak prowadzenie wspólnych biznesów, załatwianie biurokracji, podróżowanie, kojarzenie przez ludzi, opinia, itd. 

Miało być o przyjaźni, a skończyło się na rodzinie. Na pewno sporo generalizowałam, bo przecież nie zawsze jest tak pięknie. Rodzina się kłoci, wykorzystuje, oszukuje i nie zawsze tak bardzo się kocha. Są problemy, żale, przekręty i niedomówienia. Ale jakoś mimo wszystko ten model się prężnie trzyma i daje radę. Czyli koniec końców, trochę tak jak w naszej przyjaźni. 


Komentarze

  1. Bardzo mi się podoba Twój post, sporo się dowiedziałam o Meksyku dzięki temu. I chętnie poczytam więcej na Twoim blogu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło:) zapraszam do czytania i jeśli masz jakieś pytania to z chęcią odpowiem:) Pozdrowienia!

      Usuń
    2. No tiene que ver un poco que en la lengua polaca la mujer es tratada como objeto? Otóż bardzo często kobieta przyjmuje nazwisko męża razem z końcówką -owa Grzegorczyk-owa, Tambor-owa itp. Dodatkowo jeżeli chodzi o gramatykę to kobiety, przedmioty i zwierzęta różnią się od rzeczowników męskich żywotnych: np. te kobiety, te laski, te biurka, te drukarki ale ci chłopcy, ci lekarzy itd. Czasem może jednak warto się odsunąć od tradycji :)

      Usuń
    3. Kobiety nie przyjmują nazwisk z końcówką -owa. Mają dokładnie takie samo nazwisko jak mężczyzna, tylko z końcówką -a, jeśli nazwisko na rodzaj. W liczbie mnogiej rzeczywiście jest podział w odmianie na męskożywotne i niemęskożywotne, ale nie sądzę, żeby to miało wpływ na światopogląd i traktowanie kobiet. I zdecydowanie nie sądzę, że w Polsce kobieta jest traktowana jak przedmiot, a już na pewno nie porównując traktowanie kobiet w Meksyku. Dlaczego tak uważasz?

      Usuń
    4. *męskoosobowy i niemęskoosobowy

      Usuń
    5. Oh wiem wiem. Dlatego używałem słowo "często". Czyli nie zawsze, natomiast do dziś są i były uważane za własnością. Język to nasz matryc poznawcza. Ja tak interpretuje tę kwestię z nazwiskami. Mężczyzną się podpisuję i daje sens kobiecie. w Meksyku też tak było kiedyś, na szczęście już nie tak popularne. "Kobiety posługują się bowiem nazwiskami ojców, a potem przyjmują nazwiska mężów, tendencja ta, podporządkowana patriarchalnej tradycji dominuje nadal pomimo innych możliwości nazewniczych. Ponadto od nazwisk, a także od nazw tytułów, stanowisk i godności piastowanych przez mężczyzn tworzone są formy dzierżawcze na określenie żon"

      Usuń
    6. Kobieta oczywiście jest uważana za własność w Meksyku. Jednakże poprzez języka nadajemy nowy sens społeczeństwu. Należy zapamiętać, że to Malinche zostałą podarowana jako prezent. Czemu nie mężczyzna zmieni swoje nazwisko?? W końcu to "kobieta ma wyjsc za mąz" :D

      Usuń
    7. To o czym mówisz to zwyczajowa forma, jak czasami (a raczej kiedyś) zwracano się do zamężnej kobiety, a nie jakie przyjmuje nazwisko. To różnica. I jeśli chodzi o zmianę nazwiska, to nie jest to fenomen polski, a całej kultury zachodnioeuropejskiej. Jest to patriarchalna tradycja, ale moim zdaniem w dzisiejszych czasach nie ma już większego znaczenia.

      Usuń
    8. @ Alex Angulo Pozwolę sobie się wtrącić. W Polsce każda kobieta wychodząca za mąż ma 4 możliwości do wyboru: może 1. pozostać przy nazwisku panieńskim, 2. dołączyć nazwisko męża i mieć nazwisko dwuczłonowe, 3. przyjąć nazwisko męża, 4. mąż może przyjąć jej nazwisko (wcale nie takie rzadkie zjawisko...). W Meksyku natomiast musi pozostać przy nazwiskach po rodzicach. Możliwość wyboru dana kobietom jest znakiem szacunku i równego traktowania. Kto tu jest bardziej "wolny"? Polki, które mogą same zdecydować o swoim nazwisku, czy Meksykanki, którym takiego wyboru nie pozostawiono?

      Usuń
    9. ??? Ale przecież w Meksyku też mogą zdecydować. Pani ma jednak ciekawą perspektywę. Z mojego punktu widzenia fajnie nie mieć nazwiska męża bo to mi się osobiście kojarzy z własnością. Pewnie są róźne sdania.

      Nie chodzi o to gdzie kobieta jest bardziej wolna. Ale warto zastanowic się czy takie zjawiska występują tylko w języku hiszpanskim -europejski język-, czy również w polszczyźnie. Isia bardzo dobrze łączy to zjawisko z "rzeczywistością". To pewnie nie jest przypadek.

      Usuń
  2. Choć nie lubię generalizować, mam bardzo podobne spostrzeżenia odnośnie własnego męża - Meksykanina. Choć w Stanach jest dłużej niż ja i na pewno znał więcej ludzi ode mnie, na nasz ślub do mnie przyjechały przyjaciółki z Polski, Anglii, Nowego Jorku (wąskie bardzo, ale reprezentacyjne grono). U niego funkcje groomsmenów pełnili tylko rodzina i bracia. Zna mnóstwo ludzi, z łatwością każdego zaczepia, utrzymuje kurtuazyjne kontakty telefoniczno-internetowe z koleżeństwem szkolnym sprzed lat, z którym rozmawia o dupie-marynie, a gdy mówię, to zaproś kogoś kiedyś do domu, to wybałusza oczy. Podobnie ma żelazną zasadę, że "własne brudy pierze się we własnym domu", więc bardzo trudno mu zrozumieć koncept babskich zwierzeń przy kawie itp. Wszelkie troski obgaduje się z rodzicami i rodzeństwem, jeśli oczywiście na daną chwilę nie są skłóceni. Wypadało by dodać, że można wyjść z Meksyku, ale Meksyk nigdy z człowieka nie wyjdzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, tak jest:) Oczywiście, że nie wszyscy i nie zawsze są tacy, znam parę wyjątków. Ale jednak kraj i kultura, w której się wychowujemy ma ogromne znaczenie i nas kształtuje, nawet na płaszczyznach, z których nie zdajemy sobie sprawy. Myślę, że dobrze o tym rozmawiać i starać się po prostu zrozumieć. Chyba jak się spotkamy na tej kawie, to będzie o czym rozmawiać;) Do zobaczenia pronto!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ciężkie życie aksolotla

Prawo jazdy z supermarketu