Jak zostałam gwiazdą telenoweli meksykańskiej



Kto by pomyślał. Mieszkam tu od półtora roku i nikt mi nigdy nie powiedział jak nie robiąc w zasadzie nic, można zarobić pieniądze. Otóż panie i panowie, należy się wkręcić w biznes telewizyjny! A konkretniej, zostać statystą na planie telenowel! Ale zacznijmy od początku… 

Zaczęło się od tego, że znalazłam na fejsbuku grupę o nazwie ‘Polacy w Meksyku’. Okazało się, że trochę nas tu jest. I to większość właśnie w mieście Meksyk. Nie miałam pojęcia, myślałam, że jestem raczej odosobnioną jednostką, samotną Polką w wielkim 25 milionowym gigancie. Pracując w ambasadzie poznałam wielu Polaków, szczególnie gdy organizowaliśmy wybory jesienią 2011 roku, ale były to osoby głównie z pokolenia moich rodziców, albo jeszcze dalej. Zdarzali się też studenci (czyli studentki), którzy pojawiali się na parę miesięcy, po czym wracali. A tu nagle, proszę, może nie cała masa, ale pojawiły się w moim zasięgu inne Polki, które w jakimś sensie dzielą ten sam los co ja. 

Ula na pierwszej kawie opowiedziała mi o głównym zajęciu obcokrajowców w Meksyku – statystowaniu i modelowaniu. Jak się okazało, będąc Europejczykiem czy Amerykaninem, od razu ma się fuchę. Agencje castingowe, reklamówki, seriale, programy telewizyjne, telenowele; zawsze poszukują ‘białych’ ludzi do pracy! Wystarczy, że jest się ‘w miarę’ ładnym i zadbanym i już można startować i robić karierę w telewizji. A pieniądze są całkiem niezłe. Ludzie z tego żyją i to żyją bardzo fajnie. Najlepiej zarabia się na reklamówkach. Nawet nie mając żadnego tekstu (obcokrajowcy zazwyczaj nie mówią, żeby nie było akcentu) i będąc postacią poboczną można zgarnąć od 1000 do 5000 zł. Za jeden dzień pracy! Jak na Meksyk to bardzo dobra kasa. Niestety do reklamówek trudno się dostać, bo konkurencja jest spora. Ale są też inne możliwości. Najróżniejsze programy, seriale, kampanie reklamowe, filmy (dużo amerykańskich filmów kręci się w Meksyku…bo taniej). Jeśli ktoś z was widział arcydzieło amerykańskiej kinematografii pt. „Troja”, to może przypomni sobie te rzesze greckich oddziałów. Nie kto inny jak nasi Meksykanie z krwi i kości. 

Jeśli chodzi o filmy to nawet da się wkręcić w coś fajnego, mi się jeszcze nie zdarzyło, ale dziewczyny były na przykład na planie filmu Diego Luny, który wyjdzie w tym roku. Są też seriale. Parę dni temu na przykład, szukali osób do odcinka ‘Gossip Girl’, który będą kręcić w Acapulco. I tak dalej.

A na szarym końcu łańcucha telewizyjnego, niezmordowane i zawsze niezmienne telenowele. 

Telenowele są najniższym poziomem telewizji i przy tym też najgorzej płatnym. Za dzień pracy płacą między 100 a 200 zł. Ale jedną z zalet telenowel jest to, że są stałe, zawsze były, są i będą. Dzięki temu można liczyć na to, że przynajmniej raz w tygodniu ta stówa wpadnie do kieszeni.

Na początku poszłam dla kasy. Wymyśliłam sobie najlepszy plan na świecie. Piszę teraz pracę magisterską, skupiam się na tym, a w między czasie, tak raz, dwa, trzy razy w tygodniu będę chodzić na nagrania, na castingi itd., i zarabiać na życie. Wyobrażałam sobie reklamówki i te 1000zł na rękę, oh! Ale niestety rzeczywistość mnie skarciła. Przez zmianę prawa migracyjnego i braku pozwolenia na pracę nie mogę nawet pójść na casting, bo wszędzie wymagają papierów. Wyrobienie pozwolenia na pracę w tym momencie graniczy z cudem, jest długotrwałe, skomplikowane i bezsensowne. 

Mój plan legł w gruzach. Nie zarobię kokosów i nie będę twarzą proszków do prania, past do zębów ani środków na przeczyszczenie. Tu właśnie telenowele otworzyły przede mną drzwi. W Meksyku, tak jak kiedyś w Polsce jest pewna piękna zasada, że wszystko się da. W telenowelach nikogo nie interesują błahostki typu pozwolenia o pracę. Jesteś chętna? Jesteś Europejką? Przychodź! Tak więc przyszłam, i znowu przyszłam i tak sobie chodzę. 

A o bezcennych doświadczeniach z drugiej strony ekranu w następnym odcinku nr 1458.

Ps. Żeby nie było nudno, wrzucam parę moich nowych zdjęć. W końcu jak mam robić karierę, to trzeba zacząć od autoreklamy (i obiecałam Kai). Niestety usilnie szukając moich ładnych zdjęć na fejsie, nie zdołałam znaleźć takowych, wygląda jakby moje życie to były tylko idiotyzmy, alkohol i imprezy, przynajmniej z fejsa. Zatem oto zdjęcia autorstwa Uli Cichackiej. Enjoy!







Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

O znajomościach, przyjaźniach i rodzinie w Meksyku

La Catrina, czyli Pani kościotrup

Prawo jazdy z supermarketu