Gdzie to życie?


Już od jakiegoś czasu w tematach rozmów zaczął pojawiać się wątek trzęsienia ziemi. Coś dawno już nie było trzęsienia, prawda? No prawda, kwiecień to high season na wstrząsy, przychodzą fale gorąca, ziemia się nagrzewa, w pewnym momencie nie wytrzymuje już napięcia i bum - to takie moje osobiste tłumaczenie tego fenomenu, dużo bardziej się nie zagłębiam, bo i tak nie potrafiłabym wytłumaczyć.

Nie było, nie było i jak to się mówi, a masz babo placek!
*Swoją drogą, dwa dni temu rozdawałam moim znajomym polskie krówki, każda krówka ma teraz mądrość życiową wypisaną na papierku i właśnie mojej koleżance trafiło się „A masz babo krówkę”. Głowiłam się i głowiłam jak to do cholery przetłumaczyć…w końcu powiedziałam, że to będzie coś w stylu „Aquí tienes tu tortilla mujer”, wiem, strasznie słabe, ale niestety nie mam zdolności tłumaczeniowych. Na pewno istnieje jakiś hiszpański odpowiednik tego powiedzenia, ale ‘masz babo placek’ jest tak piękne i zupełnie nieprzetłumaczalne, że chyba lepiej już zjeść tę krówkę i nie zaprzątać sobie głowy.

W każdym razie wywołane przez nasze rozmowy trzęsienie ziemi nawiedziło nas dzisiaj z rana. Było niczego sobie bo między 7,0 a 7,4 stopni w skali Richtera (w zależności od podawanych źródeł) i trwało ładnych kilkanaście sekund. Żeby nie było wątpliwości, gdy ziemia się trzęsie, to tak naprawdę nie jest to wstrząs i drżenie, tylko odczucie jakbyś był na łódce i wszystko nagle się kołysze, drzwi się kołyszą, łóżko się kołysze…a ty się zastanawiasz czy to Już trzeba opuścić budynek, czy jeszcze chwila i zaraz przejdzie. Zazwyczaj w końcu przechodzi.

Trzęsienie ziemi, szczególnie w Mexico D.F. jest zjawiskiem dość powszechnym. Mocny, odczuwalny przez wszystkich wstrząs zdarza się co najmniej 2 razy w roku (plus dziesiątki mniejszych, nie zawsze przez wszystkich zauważanych). Dlatego też, każdy wstrząs odbija się istnym rykoszetem na Facebooku. Wall’e zapełniają się postami, komentarzami, wrażeniami i memami. Szaleństwo. Idąc tym tropem myślę, że ludzie dzielą się wówczas na: 1) Przejętych: „Napiszcie proszę, czy wszyscy mają się dobrze?”; 2) Uratowanych: „Wszystko dobrze, nic mi nie jest”; 3) Przestraszonych: „Jezu, myślałem, że to już koniec”; 4) Skacowanych: „To był wstrząs czy wczorajsza impreza?”; 5) Grypsiarzy: „Trząsionko ziemi na dobry początek dnia” ; 6) Hejterów: „Zanim opuścisz budynek i zginiesz, napisz o tym najpierw na Facebook’u”, itd.

Można zatem powiedzieć, że każde trzęsienie, jakkolwiek tragicznie by to nie brzmiało, jest ogólno-facebookowym wydarzeniem, którym trzeba się podzielić, skomentować i dać wyraz swoim emocjom.

Jak tylko obudziło mnie kołyszące się łóżko i pełna konsternacji, patrząc na Diega, zastanawiałam się czy to Już pora uciekać, czy jeszcze chwilę czekamy (a muszę przyznać, że w tym momencie adrenalina uderza i jesteś gdzieś na granicy podekscytowania i strachu), kolejnym ruchem jest wejście na Facebooka i przejrzenie nowych postów. Przeczekaliśmy, minęło, Diego poszedł dalej w kimę, a ja oczywiście od razu rozpoczęłam reaserch, żeby zobaczyć gdzie było epicentrum i czy są jakieś szkody. Byliśmy w Cuernavace na południu D.F., gdzie zazwyczaj wstrząsów nie odczuwa się aż tak mocno, więc musiałam zobaczyć z czym mieliśmy do czynienia, a przy okazji obczaić komentarze.

Ku mojemu zdziwieniu, po wejściu na Facebooka, cisza. Ani jednego wpisu. No tak, długi weekend, ludzie wyjechali, nic się nie dzieje, wszystko jasne. Nagle zaczynam się zastanawiać, ‘czy aby to na pewno miało miejsce?’. Po paru minutach komunikaty z gazet i dzienników o sile wstrząsu, miejscu epicentrum, zniszczeniach, itd., ale ludzie nic! Po jakimś czasie kilka marnych komentarzy i koniec. Żadnych memów, żadnej ciekawej wymiany zdań, nic do skomentowania, udostępnienia, skrytykowania, jednym słowem, nuda. Także wracam do swoich spraw i zdaję sobie sprawę, że w sumie to tak jakby w ogóle nie stało.

Tylko Márquez ciągle nie żyje.

 

Co robić podczas trzęsienia ziemi: 1. Zachować spokój 2. Podłączyć się do internetu 3. Zaktualizować swój status 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O znajomościach, przyjaźniach i rodzinie w Meksyku

La Catrina, czyli Pani kościotrup

Prawo jazdy z supermarketu