Meksyk się budzi do życia

Piąta rano, o tej porze miasto Meksyk powoli budzi się do życia. Bez względu  na dzień czy porę roku, o piątej rano zawsze jest ciemno. Ruszają pierwsze wagony metra, metrobusa, camiones, peceros, colectivos, torleybus’ów i innych środków transportu. Pierwsza tura pracowników wychodzi ze swoich domów i rozpoczyna dzień. Będą to strażnicy na poranną zmianę, sprzątaczki sklepowe, biurowe, domowe; kasjerzy i kasjerki, kierowcy, właściciele ulicznych straganów z wielkimi tobołami; ale też studenci medycyny, którzy o szóstej rano zaczynają zmianę w szpitalu. Odróżnić ich można po typowym białym kitlu i naszywce z logiem uniwersytetu.

Od szóstej towarzystwo jest coraz bardziej wymieszane i jest go coraz więcej. Pojawiają się studenci, pracownicy sklepów, niższej rangi urzędnicy w niedopasowanych garniturach i identyfikatorach na szyi. Wielu z nich mieszka na obrzeżach Meksyku lub nawet w strefie metropolii, co oznacza, że droga do pracy może zając nawet trzy godziny. Żeby znaleźć miejsce siedzące i dojechać bez ścisku, czasem opłaca się wyjść te pół godziny wcześniej, niż za chwilę tłoczyć się, walczyć o miejsce (stojące!) czy stać w korku.

Od siódmej rano zaczyna się poranna gehenna. Metro, metrobusy i busiki pochłaniają gromadzące się tłumy ludzi, które dzień w dzień udowadniają, że ‘jeszcze jedna osoba się zmieści’. I choć metro odjeżdża w godzinach szczytu nawet co minutę, nie jest w stanie sprostać wymaganiom tego przeludnionego miasta.
Meksykanin w podróży (bo jak nazwać dwu czy trzygodzinną drogę do pracy?) rozpoczyna swoje codzienne czynności, na które nie starczyło mu czasu w domu. I nie jest istotne czy jest to transport publiczny, przystanek na ulicy, taksówka czy własny samochód; wychodząc z domu z obowiązkowym kilkugodzinnym wyprzedzeniem, szkoda zmarnować kilkunastu dodatkowych minut snu na czynności, które można wykonać w tzw. ‘drodze’. Tak też zaczyna się poranna toaleta. Ten fenomen dotyczy głównie kobiet, które od razu przebijają się przez tłum, aby jak najszybciej zdobyć miejsce siedzące. Gdy ów miejsce zostanie zdobyte, otwierają swoje torebki, z których po kolei wyciągają kosmetyczki. Podkłady, lusterka, korektory, cienie, kredki, tusze, róże, szminki – to podstawowy asortyment każdej szanującej się Meksykanki. Z nieopisaną precyzją zaczynają nakładać kolejne warstwy makijażu. 



W godzinach porannych praktycznie każde miejsce siedzące jest objęte rezerwacją dla rutynowego salonu piękności. Meksykanka w trzęsącym się wagonie metra, wśród napierających tłumów i gasnącego światła jest w stanie wykonać idealną czarną kreskę na powiece i pomalować usta bez zawahania. Wśród podróżujących nie budzi to absolutnie żadnego zdziwienia czy nawet zainteresowania. Jedynie gdy trafi się jakiś obcokrajowiec, Europejczyk czy turysta, nie będzie mógł oderwać wzroku od kobiet, które w kilkanaście minut zmieniają się nie do poznania. Dodatkową atrakcją będą atrybuty w postaci łyżeczki i zapalniczki (o łyżeczce pisałam tu). Zwykłą łyżeczkę, jak do herbaty, Meksykanka zaczyna podpalać zapalniczką, po czym kieruje ją w stronę oka. Jeśli nigdy nie mieliśmy do czynienia z ‘łyżeczką’ z początku można dostać gęsiej skórki, jednak wszystko powoli się wyjaśnia. Łyżeczka służy do podkręcania rzęs. Meksykanka manewruje nią z największą precyzją i choć z boku wygląda jakby przy kolejnym ostrym hamowaniu mogła stracić oko, nie ma zagrożenia, lata doświadczenia i wprawy.  



Czasem można nawet spotkać się z kobietami, które z pensetą i klejem na kolanach, lusterkiem w ręce będą przyklejać sobie sztuczne rzęsy. Coś z czym normalna kobieta ma problem we własnym domu, przed wielkim lustrem i nienagannym oświetleniem, Meksykanka wykonuje w zatłoczonym metrze bez mrugnięcia okiem.
Kolejnym fenomenem są wałki. Ileż to już razy zadawałam sobie w głębi pytanie "Powiedzieć jej że zapomniała wyjąć wałek z włosów?". Otóż nie, nigdy się nie pytajcie, bo to jest zupełnie normalne. Tak jak mówię, metro jest tylko etapem na drodze do pracy. Meksykanka wyjmuje wałki w momencie, gdy wychodzi z metra, aby słynna "meksykańska grzywka" nabrała formy i przetrwała do końca ciężkiego roboczego dnia. 

przed...

...i po.

Panowie są mniej ekstrawaganccy. Ich toaleta nie jest na tyle skomplikowana, więc ograniczają się do wyciągnięcia grzebienia i wygładzenia odstającego kosmyka włosów. Wygładzone i zaczesane do tyłu na żel włosy to podstawa zadbanego wyglądu (o tym też już pisałam). Jest to nieodłączny wizerunek wszystkich urzędników, pracowników i białych kołnierzyków. Dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet. Żaden włosek nie może wystawać, wszystko zaczesane lub spięte z tyłu, pięknie ulizane i „ułożone“. Inaczej do pracy czy na spotkanie przyjść nie wypada. Ciekawy w tym wszystkim jest fakt, że zasada „ułożonych włosów“ dotyczy absolutnie wszystkich grup społecznych, od najniższych rangą pracowników, po profesorów uniwersyteckich, prezesów banków, polityków, aktorów itd. Można tym samym ironicznie stwierdzić, iż koncept schludności w postaci żelu we włosach jest demokratyczny, jednoczy wszystkich Meksykanów i jest ich znakiem rozpoznawczym.

W tym samym czasie, pracownicy wyższej rangi, ważniejsi urzędnicy, prawnicy, lekarze, szefowie, dyrektorowie, stoi gdzieś w korku na periférico czy viaducto, również w drodze do pracy. Klasy średnie i wyższe ani myślą podróżować zatłoczonym metrem. Znam osoby, które nigdy w życiu nie wsiadły do metra ze strachu (pewnie te same osoby mówią gdzieś o mnie, że „poznały osobę, która jeździ metrem”). Ale ich tłum i korek też nie ominie. Z resztą jak ma ominąć jeśli w mieście jest prawie 9 milionów ludzi, a licząc całą aglomerację prawie 25 milionów. Dzień w dzień 10 milionów ludzi przyjeżdża z okolicznych municypiów do pracy, a wieczorem wraca do domów. A mówimy tu o mieście, które pod względem powierzchni jest jedynie 3 razy większe od Warszawy. Nie da rady, aby 5 milionów samochodów, które są zarejestrowane w mieście Meksyk, mogło spokojnie przejechać. Dlatego też godziny spędzone w korkach to również codzienność meksykańskiej klasy wyższej.
W nikłych przypadkach, kiedy ktoś ma dużo szczęścia i mieszka na Condesie, del Valle, Romie czy Zona Rosa i ma pracę „w miarę blisko”, to pojedzie do niej na rowerze EcoBibi. To wielki luksus i powód do dumy. Gdy trasa między Twoim mieszkaniem a pracą jest krótsza niż 40 min. każdy będzie na Ciebie patrzył z ogromną zazdrością.

Jeśli wespniemy się jeszcze wyżej po drabinie społecznej, zobaczymy i usłyszymy helikoptery (o których pisałam tu). To przywilej zarezerwowany dla klasy naj-najwyższej (w Meksyku nawet socjologia rozkłada ręce). Prywatne helikoptery posiada wielu milionerów, z racji, że wszystkie inne środki zawodzą, a hierarchia w społeczeństwie musi być widoczna. Na spotkania, do pracy, na obiad czy na zakupy; każde szanujące się miejsce dla klas najwyższych ma wydzieloną strefę gdzie można się „zaparkować” swoją maszyną.



I tak dzień w dzień. Bogaci opanowują niebo, klasa średnia stąpa po ziemi, a biedni tłoczą się w podziemnych tunelach. O Meksyku! Czy zawsze musisz być tak straszliwie obrazowy i dosłowny?


Komentarze

  1. świetnie się czytało .. bardzo fajnie i z humorem piszesz .... torszkę to inaczej wygląda w metrze w NYC czy Londynie ale są i podobieństwa :^)
    to myślisz, że nawet Gael Garcia Bernal kiedy nie jest w LA to też taki 'ulizany' :^)

    a i kiedyś przeczytałem, że Meksysk to jest nawiększy rynek dla helikopterów na świecie :^) .. nie tylko z powodu korków ale i obawą przed porwaniami dla okupu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że Gael już nie jest ulizany, bo jest zbyt światowy. Ale jako dziecko na pewno był!:)
      Tak, helikoptery to nie tylko korki, ale status i "bezpieczeństwo".

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

O znajomościach, przyjaźniach i rodzinie w Meksyku

La Catrina, czyli Pani kościotrup

Prawo jazdy z supermarketu